Hej wszystkim tutaj od razu mówię, że jeśli to nie ten dział, to mnie poprawcie.

Na wstępie chciałam wam powiedzieć, że długo nosiłam się w sobie z takim wyznaniem, ale sytuacja mnie przerasta. Proszę,żebyście mnie tak od razu źle nie oceniały.

Jestem mamą półtorarocznej dziewczynki, urodziłam ją młodo (nie sugerujcie się nickiem, 19 lat już jakiś czas temu skończyłam), mieszkam na razie z rodzicami. Mam partnera, ale on mnie nie rozumie w tej kwestii, zresztą ja nie mam od niego wsparcia, a jeżeli już to bardzo małe. Wiem, że nie kocham mojego dziecka tak jak powinnam, nie kocham małej tak, jak powinna kochać matka. Zostałam w tym wszystkim sama, od faceta nie mam pomocy, jeszcze studiuję dziennie, mała chodzi do żłobka, moi rodzice mi nie pomagają dużo w opiece nad dzieckiem, jeśli już to bardzo mało i rzadko, ale jasne, to nie ich obowiązek tylko mój, nie wymagam tego od nich. Codziennie mam dużo obowiązków na głowie, do tego dochodzą codziennie nowe problemy i z partnerem i z kasą etc. Czuje, że żałuje urodzenia dziecka, być może nie byłam gotowa, czasami przyłapuję się na takich myślach, jak to innym fajnie bo nie mają dzieci, wracają do domu i mają święty spokój a ja wiecznie uwiązana. Tak, dobrze czytacie, czuje się U-WIĄ-ZA-NA, jak z kulą u nogi, przez którą nie mogę normalnie funkcjonować. Nie chodzi tu o znajomych czy wyjścia na imprezy, bo nigdy nie byłam typem imprezowiczki. Chodzi tu bardziej o to, że jak chce coś pojechać załatwić to z dzieckiem albo w biegu bo zaraz ją ze żłobka trzeba odebrać, albo nie pójdę tu nie pojadę tam, bo dziecko, i tak jest zawsze bo dziecko, bo dziecko. Ja nie mam cierpliwości do dzieci, a małej wszędzie pełno, wszystko musi dotknąć, wszystko obejrzeć, w jednym pokoju powywala zabawki, ja idę to posprzątać, to ona leci do kuchni i już z szuflad wyrzuca jakieś deski do krojenia, lejki, tarki i inne przybory kuchenne i mnie na to szlag jasny trafia, wtedy aż się we mnie gotuje po prostu. Mała potrafi też stanąć na środku i krzyczeć yy-yy-yy i za cholerę nie wiem o co jej chodzi, biega wrzeszczy, wszystko wyciąga, wchodzi na krzesło, zaraz schodzi po to żeby poskakać na łóżku, ja nie mam siły do tego, naprawdę. Z facetem nie układa mi się w ogóle, nie mieszkamy razem, nie mamy możliwości spędzania czasu razem, jest coraz gorzej, to też mnie frustruje. Mam wyrzuty sumienia, że jestem złą matką, czasami chcę, żeby ja gdzieś ktoś zabrał, tęsknie za tymi czasami kiedy jej nie miałam, nie chodziłam taka zmęczona i sfrustrowana, bo o odpoczynku nie ma w ogóle mowy, nawet podczas snu. Nigdy się nie wysypiam, na tygodniu pobudka o 5:20 w weekend najdalej o 7:30, i to też jak dobrze pójdzie. Czasami mam taką ogromną ochotę wyjść i nie wrócić... wstyd mi za samą siebie i swoje myśli, bo ja nie wiem co mam robić, a wiem, że jeżeli jeszcze to dłużej będzie trwać do dojdzie do jakiejś tragedii, albo ja wyjdę i nie wrócę, albo się zabije a nie chcę krzywdzić niewinnej istoty. Proszę nie oceniajcie mnie, tylko mi pomóżcie.

Będę wdzięczna za jakąkolwiek rade.