Pamiętam, jak córeczka mojej koleżanki chciała oddać nowo narodzonego brata do szpitala, bo jej przeszkadzał. Wtedy bardzo nas to śmieszyło. Natomiast dziś ten właśnie cudem ocalały brat (bo jednak rodzice go nie oddali ) sam doczekał sie młodszego rodzeństwa i - jak twierdzi moja znajoma - był z tego powodu strasznie smutny. Wyglądał podobno, jakby miał depresję. Okazało sie jednak, ze jego smutek wynikał nie z powodu urodzin brata, tylko z powodu nieobecności mamy (były jakieś problemy i mama spędziła cały tydzień w szpitalu po porodzie). Jak tylko wróciła z małym do domu, chłopiec odzyskał humor. Nie odkryję Ameryki, ale moim zdaniem to dowód na to, ze problemy w z akceptacją rodzeństwa mają źródło w braku mamy, która dotąd była na każde zawołanie. A jak Wy sobie z tym radziłyście? Miałyście jakiś sposób, żeby starszak nie odczuł tego, że macie teraz dla niego mniej czasu?